– Panie Dominiku, zmiana planów – głos mojej rozmówczyni zmienił się nie do poznania. Cały spokój i
pewność gdzieś
uleciała, a zabrzmiało coś, co bardzo mi się nie spodobało - pośpiech i niepokój. – Proszę kierować się
na
centrum, dokładny adres wyślę sms-em.
Nie zdążyłem nawet zapytać, o to, co właściwie jest przyczyną tak nagłej zmiany miejsca spotkania.
Nie znałem
wówczas zbyt dobrze Warszawy. Szybko zmieniłem adres docelowy w nawigacji. Kiedy mój umysł burzliwie
pracował
nad próbą postawienia jakiejś prawdopodobnej hipotezy, która wyjaśniałaby całe zajście, telefon
zadzwonił
po raz drugi.
– Gdzie Pan jest i ile czasu zajmie Panu dotarcie na miejsce? -usłyszałem złowrogą nutę paniki w
głosie
manager. Teraz także i mi zaczął udzielać się nerwowy nastrój.
– Na wysokości Pruszkowa, będę za dwadzieścia pięć minut – odpowiedziałem starając się zachować
spokój.
– Niech Pan będzie za piętnaście! – powiedziała głosem niemalże na granicy rozkazu. – Nie będzie
mnie niestety
jeszcze na miejscu, niech Pan pyta o Panią Prezes. Mam nadzieję, że jest Pan elegancko ubrany.
– Ale co się właściwie…? – nim zdołałem zadać pytanie, moja rozmówczyni zdążyła się rozłączyć.
Pędziłem teraz
ostatnimi kilometrami autostrady starając się zjechać we właściwy zjazd. Pomyłka mogła kosztować mnie
kolejne
kilkanaście minut, na które nie było mnie stać. Kiedy dotarłem na miejsce okazało się, że stoję przed
jednym
z największych i najbardziej ekskluzywnych hoteli w stolicy. Próba znalezienia wolnego miejsca
parkingowego
okazała się beznadziejna. W końcu postanowiłem zaparkować gdzie bądź. Jak miało się później okazać, nie
spotkało
się to ze specjalną aprobatą warszawskiej straży miejskiej.
Wybiegłem z samochodu i popędziłem do lobby na łeb na szyję. W recepcji skierowano mnie do sali
konferencyjnej
na trzecim piętrze. Byłem już spóźniony o pięć minut od niemożliwego terminu. Winda kazała czekać na
siebie
zbyt długo. Zacząłem wbiegać po schodach co tchu, jednocześnie starając się wybrać numer telefonu do
event
manager. Linia była nieustannie zajęta. Zziajany, dosłownie wypadłem z klatki schodowej na piętro.
Jakiś
młody chłopak w czarnej koszuli podbiegł do mnie i zapytał:
– To Ty jesteś tym konferansjerem? – skinąłem tylko głową, nie mogąc wydusić słowa.
– Chodź za mną – powiedział i nie zwlekając poprowadził mnie do małej ciemnej salki.
– Pan Dominik Kowalczyk, jak mniemam?- zapytała wysoka i szczupła blondynka w sile wieku, która
przedstawiła
się jako szef organizacji. – Proszę wybaczyć całe zajście, ale jesteśmy w krytycznym położeniu – z
całej
jej postawy emanował ten dziwny spokój spotykany u ludzi, którzy przyzwyczajeni są do sprawowania
władzy
i sugerujący, że już nie raz zmagali się z kryzysowymi sytuacjami. – Potrzebujemy konferansjera – jej
wzrok
zlustrował mnie od stóp do głów, jakby w poszukiwaniu skaz w moim ubiorze. – Teraz.
Krew zaczęła mi szybciej tętnić w żyłach, a ręce i czoło oblało się potem. Dostałem do ręki brief
oraz scenariusz
wydarzenia. Po szybkiej lekturze zorientowałem się, że ma to być elegancki bankiet zasiadany z okazji
długo
wyczekiwanego jubileuszu. Od piętnastu minut na rozpoczęcie eventu w sali konferencyjnej czekało
kilkaset
osób. Wśród zaproszonych gości, poza tuzami biznesu i przedstawicielami czołowych mediów, byli również
rządowi
oficjele, w tym urzędnicy zagranicznych ambasad. W międzyczasie dowiedziałem się, że hotel dał plamę i
welcome
drinki zaczął wydawać, kiedy połowa gości była już w sali. Zrobiło się zamieszanie. Klient był
wściekły.
– Event trzeba poprowadzić po angielsku – powiedziała Pani Prezes. – Da Pan radę? W uszach
poczułem dziwne
dzwonienie, twarz zdawała się eksplodować gorącem. Zaschło mi w gardle, a na języku poczułem metaliczny
posmak.
– Tak, dam radę.
– Ladies and Gentlemen, please, would you bring your attention to me…? – mój własny głos zabrzmiał zdumiewająco pewnie i donośnie, nawet dla mnie samego. Byłem w swoim żywiole.